Polly Pocket – pozory mylą

Niedawno zastanawiałam się czy gra planszowa bądź karciana, dla dzieci czy też dorosłych, sięgająca do produktów licencyjnych, może być warta choć chwili uwagi? Już tyle razy doznałam rozczarowania w tym względzie, że z kręgu moich zainteresowań recenzenckich od razu wykreśliłam grę „Polly Pocket”, wydaną w 2011 r. przez wydawnictwo Egmont. Nawet  autor mechaniki, Reiner Knizia, nie przyciągnął mnie. Do zmiany zdania przyczynił się drobny wpis na Facebook’u. Ktoś napisał pozytywnie o tej grze. Zaryzykowałam i teraz nie żałuję.

„Schatz der Drachen” to oryginalny tytuł gry z 2003 r. Gra była dwukrotnie nominowana do nagrody Dziecięca Gra Roku: w Niemczech w 2004 r. (Kinderspiel des Jahres), oraz w Finlandii w 2005 r. (Vuoden Perhepeli). Przeznaczona jest dla 2-5 graczy, w wieku od 5 lat.  Graficznie nawiązywała do uniwersalnej tematyki czyli smoków, pająków i skarbów – do tematyki, która za kolejne 5, 10, a nawet 20 lat (mam w domu bardziej wiekowe gry) będzie nadal żywo przemawiała do wyobraźni dzieci i dorosłych. Niestety, zmiana grafiki w polskim wydaniu, na licencyjne postaci wykreowane przez firmę Mattel, bardzo mi się nie podoba. Zdaję sobie sprawę, że w takiej oprawie gra ma większe szanse trafić pod strzechy – w końcu społeczeństwo płynie na fali mody. Może w ten sposób rodzice zauważą też istnienie gier dla dzieci, dzięki którym spędzą więcej czasu w gronie rodzinnym, z dala od telewizji czy komputerów. Może zasieje się ziarno zainteresowania grami planszowymi. Może. Dla mnie – gracza, recenzenta, mamy ta oprawa graficzna znacznie obniżyła wartość tej gry. Pomysł i mechanika uplasowały zaś tę grę na całkiem dobrej pozycji wśród domowych gier dla dzieci.

Co Polly przed imprezą miała

Przede wszystkim bałagan. Porozrzucane mikrofony (8 szt.), piłki, rolki, torebki (po 4 szt.), do tego 6 gitar elektrycznych i 8 skuterów. Polly nie przyznała się do zrobienia bałaganu, więc głównymi podejrzanymi zostali IMPREZOPERZE (3 szt.) i PIANKOTKI (12 szt.). Wszystkie elementy umieszczono na dużych, grubych, tekturowych kartonikach, które rozkłada się obrazkiem do dołu, tworząc pole o wymiarach 7×7. Zadaniem gracza jest zdobycie jak największej ilości płytek, poprzez zbieranie odpowiednich przedmiotów w specjalne grupy (prawie jak porządkowanie). Mechanika opiera się na klasycznej grze memory z kolekcjonowaniem elementów, którą Knizia jak zwykle rozwinął w bardzo ciekawy sposób. Po pierwsze dorzucił mechanikę „press your luck”, o której pisałam przy okazji gry „Monkey business”. Gracz odsłania kartoniki z przedmiotami do momentu gdy: sam nie podejmie decyzji o zakończeniu, lub odkryje imprezoperza, lub piankotka. W pierwszym przypadku może zabrać dla siebie odpowiednie kartoniki, w drugim – traci kolejkę bez zysku. Po drugie rozwinął sposób gromadzenia elementów. Jeśli gracz odkrywa kartonik zawierający cyfrę od 1 do 4 to po zakończeniu kolejki zabiera te kartoniki, które posiada we wskazanej ilości np. musi mieć odsłonięte 3 kartoniki z gitarą, by móc je zabrać. Po trzecie statyczne memory zdynamizował możliwością przeniesienia 1 kartonika – po odkryciu imprezoperza można go przenieść na dowolne wolne pole. Po czwarte wprowadził specjalne właściwości niektórych kartoników, czego nie ma w klasycznym memory. Przykładowo, piankotek – jeśli zostanie odkryty jako pierwszy kartonik, to gracz kończy kolejkę, ale kartonik zabiera dla siebie. Również na koniec gry, gracz posiadający największą liczbę piankotków otrzymuje 3 ostatnie imprezoperze. Po zakończeniu tury gracz zasłania wszystkie odkryte i niezebrane kartoniki.

Podsumowanie

„Polly Pocket” to gra o bardzo prostej mechanice opartej na klasycznym memory. Niezwykłością tej gry są dodatkowe zasady, które czynią ją bardzo świeżą i ciekawą. Mamy więc memory z dobrze funkcjonującym mechanizmem kolekcjonowania elementów, a do tego odrobina emocji związanych z mechaniką typu press your luck. Tak też, chcąc wygrać, trzeba mieć dobrą pamięć i trochę szczęścia. Rozgrywki są krótkie, dynamiczne i we wszystkich składach osobowych gra się dobrze. W samej rozgrywce nie podobało mi się częste wykorzystywanie kartoników odsłanianych przez poprzednika. Winny jest tu jednak brak szczęścia. Zdziwił mnie również brak precyzyjnego opisu dotyczącego rozstrzygania remisów, ale tylko dlatego, że autorem jest dr Knizia.

Okazało się, że pozory mylą. Choć grafika nie przypadła mi do gustu, to grę polecam wszystkim rodzicom, którzy chcą radośnie i twórczo spędzić czas ze swoimi pociechami. Dla kolekcjonerów są dołączone 3 dodatki, nieistotne dla rozgrywki.