Dobutsu shogi w Polsce

Prawdą jest, że jako jedyna w Polsce uczyłam regularnie grać przedszkolaki w Dobutsu shogi. Jednak nie jestem ani prekursorem, ani jedyną osobą w Polsce korzystającą z dobutsu. W Polsce shogi znane są od dawna, są też 3 większe ośrodki skupiające shogistów: w Warszawie, w Krakowie i we Wrocławiu. W każdym z nich, na różnych zajęciach korzysta się z tej małej wersji shogów.

Poprosiłam kilku shogistów o podzielenie się swoimi doświadczeniami na temat uczenia dzieci i wykorzystywania shogów ze zwierzątkami.

Grzesiek Adaszewski – Warszawa (opracowane na podstawie rozmowy telefonicznej)

„Generalnie, zanim zaczniemy uczyć grać w duże shogi, sięgamy najpierw do Dobutsu shogi. Łatwiej jest wyjaśnić zasady zrzutek i promocji. Zaczynamy od tego z każdym: dziećmi, młodzieżą, dorosłymi. Chyba, że mamy na spotkaniu pojedyncze osoby, wtedy możemy próbować od razu wprowadzać duże shogi, ale z dziećmi absolutnie tego nie można robić. Dla dzieci nadaje się tylko dobutsu shogi.

W Warszawie spotkania odbywają się w ramach zajęć SOTO – Dalekowschodniego Centrum Kulturalno-Sportowego w Warszawie. M.in. na zajęciach Lato i Zima w mieście mamy zajęcia z dziećmi. Jeśli dzieci znają shogi to w wersji ze zwierzętami, większej od dobutsu. Jesteśmy też na zajęciach w Szkole Podstawowej nr 267.

Z Karoliną Styczyńską prowadziliśmy również pojedyncze zajęcia w przedszkolu i wyszło to dość dobrze. Sprawdziły się m.in. zajęcia ruchowe na dużej kratkowanej planszy, podczas których dzieci wyobrażały sobie jak poruszają się zwierzątka z Dobutsu shogi i tak się poruszały po tej planszy. Dzieci po ruchu stają się troszkę spokojniejsze. Po tym dopiero były zajęcia na planszy bez poruszania się. To samo sprawdza się wśród osób niepełnosprawnych intelektualnie w stopniu lekkim i umiarkowanym.”

Karolina Styczyńska – Warszawa, Japonia, obecna Mistrzyni Europy i Świata w Shogi

Dobutsu shogi (Zwierzęce szachy japońskie) zostało stworzone dla dwóch celów: pokazania zasad shogi (szachów japońkich) w prosty sposób oraz zachęcenia do gry kobiety i dzieci. Na początku twórczyni Dobutsu shogi uznała, że powodem niedoboru kobiet grających w shogi jest ich niechęć do rywalizacji z innymi. Łącząc to z intencją do promowania shogi wśród dorosłych, ale i dzieci, profesjonalistka shogi Madoka Kitao stworzyła śliczną, nieskomplikowana grę, skupiająca się na zabawie, a nie walce. Mała plansza, grafiki oddziałujące na wyobraźnię, zachęcają do wspólnego spędzania czasu matek i dzieci. Jednak wracając do punktu pierwszego, oprócz samej zabawy, gra ma na celu rozwój zdolności przewidywania ruchu przeciwnika, planowania strategii i ogólnie pozwala na zorientowanie się, że jest pewna relacja między przyczyną (nasze działania) a skutkiem (wynik partii).

Tak to wygląda w teorii, ale jak w praktyce? Zdarzyło mi się uczyć dzieci w przedszkolu, jak i te w wieku szkolnym, dorosłych. Jeśli chodzi o przedszkolaki, to miałam pomoc w postaci zaprzyjaźnionego pedagoga [przyp. Grzesiek Adaszewski]. Jego podejście było ciekawe, należało nie skupiać się na nauce samej gry, ale jej interesujących elementów. Na przykład prosiło się dzieci o zamknięcie oczu i wyobrażenie sobie, że są w zoo. Jakie są tam zwierzęta… I tutaj nawiązujemy do Dobutsu shogi. Teraz wszyscy są słoniem! Wydajemy dźwięki jak z trąby słonia, ale uwaga. Ruszając się po pokoju, idziemy tylko po przekątnych. Coś w rodzaju tańca. I tak dla wszystkich figur. (Problemem było tylko jaki dźwięk wydaje żyrafa, haha). Następnie przedstawiało im się planszę, figury. Starsze grupy przedszkolaków już rozgrywały jakieś partie, ale niektóre dzieci się nie odważyły. Trzeba dodać, że te dzieci miały w harmonogramie zajęć szachy.

Starsze dzieci próbowały gry a to na festiwalach, czy na Lecie/Zimie w mieście. Szybko łapały zasady, niektóre próbowały sił w prawdziwe shogi z kanji! Wystarczy kilka słów wyjaśnień i dostępność w razie pytań. Można dać im ulotki z wyjaśnieniami (rysunkami!). Można też rozegrać przykładową partię wszyscy kontra nauczyciel na wielkiej planszy, przy okazji komentując każdy ruch. Ciekawym sposobem na naukę Dobutsu shogi mogą być też turnieje. Po zapoznaniu się z podstawami, każdy gra z każdym, według odpowiednich zasad (wita się, losuje zaczynającego, itd…). Po rozegraniu partii idzie po naklejkę lwa (wygrana) lub kurczaka (przegrana) i jest parowany z osobą z tą samą naklejką. Jest limit czasowy na turniej, pod koniec liczone są punkty.

Raz w szkole po takim turnieju była partia “tytułowa”. Dwóch najlepszych zawodników grało na wielkiej planszy dobutsu. Problemem było to, że każdy z widzów chciał podpowiadać, ale udało się jakoś zapanować nad sytuacją. Zwycięzca dostawał przypinkę z lwem, a za drugie miejsce dostawało się przypinkę z kurczakiem. Ogólnie dzieci bardzo łatwo zainteresować shogi jak i Dobutsu shogi. Kanji czy skomplikowane zasady są im nie straszne. Problemem może być nauka w większej grupie, ale przy pomocy innych osób, np. wychowawców w szkole może się to udać. Trzeba zawsze pamiętać o dostosowaniu swoich wymagań do grupy wiekowej. Jeśli chce się kontynuować naukę dzieci… Trzeba zainteresować również ich rodziców! Co do nauki dorosłych, należy im wytłumaczyć zasady, dać ulotkę i pozwolić na zabawę z pociechą. Szybko się można do Dobutsu shogi przekonać, widząc uśmiech dziecka.

Dobutsu shogi ma potencjał, obecnym problemem środowiska [przyp. graczy w Polsce] jest niewystarczająca ilość rąk do pomocy oraz zestawów. Mam jednak nadzieję, że z czasem urok Dobutsu shogi zostanie doceniony przez Polaków tych małych jak i dużych.”

Wojtek JedynakWrocław

„Moje doświadczenia w uczeniu dzieci gry w Dobutsu shogi są dość krótkie, ale miałem okazję grać z dziećmi w różnym wieku i z różnym doświadczeniem. Starsze dzieci bardzo często mają już doświadczenia z grą w szachy (nierzadko nawet są zapisani do kółek szachowych) i nie mają żadnego problemu z grą w Dobutsu shogi. Jeśli jest taka możliwość to same dopominają się o grę w prawdziwe shogi. Z kolei mniejsze dzieci (przedszkolaki) są bardzo żywiołowe i czasami trudno im usiedzieć w miejscu. Miałem kilka razy zajęcia z małą grupą dzieci w wieku 3-5 lat i na razie udało mi się zagrać raczej tylko z pięciolatkami, mniejsze dzieci są bardziej zainteresowane psotami. Ciekawe było dla mnie to, że takie maluchy bardzo dokładnie słuchają i nie wahają się głośno powiedzieć, że coś nie ma dla nich sensu. Starsze dzieci mają już więcej doświadczeń i są w stanie wiele rzeczy się domyśleć, podczas gdy mniejsze dzieci są bardziej kreatywne i otwarte. Konkretniej, (wydawałoby się) niewinne polecenie “żyrafa i słoń mają patrzeć na lwa” można wykonać na wiele sposób – wystarczy zapomnieć o warunku, że nogi mają być zwrócone w stronę gracza…”

Zresztą, oglądnijcie filmik [link do wpisu na FB] z takich zajęć w przedszkolu prowadzonych właśnie przez Wojtka. Słychać na nim kreatywność dzieci.

Krzysztof Stoigniew SiejaWrocław 

„Uczenie Dōbutsu shōgi jest fajne. Fajne, bo wytłumaczenie zasad maluchom zajmuje z reguły max 2-3 minuty (chociaż czasami trzeba uzupełniać naukę odpowiadaniem na pytania młodych graczy). Fajne, bo do pomocy przy warsztatach, pokazach mogę wziąć dowolną osobę, która ma chociaż minimum odporności na dzieci i na pewno sobie poradzi. Fajne, bo można jednocześnie uczyć dużo osób. Ale przede wszystkim fajne, gdy na zajęcia przychodzą rodzice i dziadkowie z dziećmi, które w towarzystwie dorosłych zachowują się grzecznie i potrafią się skupić na grze. Ideałem jest sytuacja, w której rodzic wyraża chęć na grę z dzieckiem – wystarczy tylko wytłumaczyć zasady, a gracze doskonale już sobie poradzą.

Niestety, w przypadku pozbawionej kontroli grupy małych dzieci (siedmioro w wieku bodaj 3-5 lat), mam jedno, bolesne doświadczenie. Nigdy nie pracowałem w ten sposób z dziećmi i jedyne, co mi się udało, to nakłonić większość grupy do ułożenia pozycji wyjściowej (w czym pomógł mi fakt, że kolega prowadził z nimi zajęcia tydzień wcześniej i jakąś wiedzę już im przekazał). Skupienia starczyło jednak może na 5 minut (przy czym część dzieci od razu odmówiła wykonywania poleceń i zaczęła wywracać ułożone plansze), później dzieci rozpadły się w bijące lub kłócące się grupki i za sukces uważam, że nikt (w tym ja) boleśnie nie ucierpiał (chociaż jeden chłopczyk zaczął biegać, przewrócił się i rozpłakał). Ze spotkania dzieci nie wyniosły prawdopodobnie nic, ja wyniosłem tylko jakieś zarazki, przez które się rozchorowałem.

Dlaczego skupiam się tak bardzo na tym negatywnym doświadczeniu? Powód jest prosty – w dogodnych warunkach z Dōbutsu shōgi nie natrafiłem nigdy na żadne problemy, a we współorganizowanych przeze mnie warsztatach pomagały różne osoby (o bardzo różnych charakterach) i zawsze sobie dobrze radziły. Problem pojawia się w sytuacji, gdy osoba nienawykła do kontaktów z dziećmi musi poradzić sobie z całą grupą – nie polecam próbować bez wsparcia, bo łatwo się zniechęcić, a przecież przy odpowiednim podejściu można osiągnąć w tym zakresie sukcesy (patrz – Agnieszka :)). A ze swojego bolesnego doświadczenia dochodzę jedynie do wniosku, że najpierw należy dzieci uczyć na jednym komplecie, a dopiero później można próbować z większą ilością zestawów, bo rozdane dzieciakom figury służą do wszystkiego, tylko nie do gry ;)”

Tekst powstał przy współpracy z :