W pogoni za…

Dawniej, albo nie tak całkiem dawno, bo nawet w moim dzieciństwie, dzieci bawiły się czymkolwiek. Kamieniami, patykami, liśćmi. Przed blokiem rysowaliśmy trasy wyścigów, a za wyścigówki służyły stare 4-zaczepowe nakrętki na słoiki. Graliśmy w piłkę, skakaliśmy w gumę, klasy. Z patyków i liści robiliśmy szałasy. Liście służyły za walutę, którą kradli złodzieje, gonieni przez pół podwórka przez gliny. Były też berek, ciuciubabka i inne zabawy.

We współczesnych domach są tony zabawek. Są tablety, komputery i inne ustrojstwa zapewniające, często niezdrową, rozrywkę. Nasze dzieci coś straciły nie przez siebie, ale przez swoich rodziców. To my w końcu wydajemy na to pieniądze.

Minęło już kilka lat odkąd zajęłam się grami planszowymi dla dzieci. Patrzę na regał, patrzę na listę gier darowanych innym dzieciom czy instytucjom. Jest tego dużo. Teraz w moim domu królują gry i jestem przekonana, że był to bardzo dobry wybór. Z grami jest jednak kłopot.

Gier dla dzieci jest bardzo, bardzo dużo i szczerze wątpię, by większość kupujących zastanawiało się co to za gra, czego nauczy, co rozwinie, kto do niej usiądzie, ile wniesie zabawy, ile wywoła uśmiechów. Ot, piękny kolorowy prezent, zwykle w wielkim pudle w 75% wypchanym powietrzem.

Dla mnie samej opakowanie jest ważne, musi mnie w końcu przyciągnąć. Jednak interesuje mnie przede wszystkim wnętrze i zawarta w niej treść. Podobnie ma większość świadomych graczy. Nie kupują dzieciom byle czego, sięgają po znane sobie marki, czytają opisy, instrukcje, recenzje. Tak właśnie ma być. W taki sposób powinno się również uczyć życia – istotne jest wnętrze, a nie powłoka.

Znów patrzę na te kolorowe pudła na regale. Widzę pogoń za pięknem, estetyką, nowatorską mechaniką, zazębianiem się mechanik, wyciskaniem soków z tego co już było, widzę mielenie tych samych mechanik z drobnymi modyfikacjami. To wszystko jest w grach dla dorosłych, ale też i w grach dla dzieci.

I wiecie co? Ostatnimi czasy, w natłoku tego wszystkiego, moje dziecko na nowo odkryło coś zupełnie prostego, a jednocześnie świetnego. Zwykłe memory. Jednak nie takie z pony, księżniczkami czy innym kolorowym bajkowym światem, ale z owadami. Takimi jakie spotykamy na co dzień. Memory skromne w wykonaniu – białe tło i zdjęcia owadów, bez żadnych szczegółów rozpraszających uwagę. W takiej samej stylistyce jak opisywane przeze mnie memory o polskich ptakach. Do tego nazwy często wykręcające język na wszystkie strony, wywołujące śmiech u dziecka przy tych łamańcach i ćwiczące jednocześnie wymowę. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie efekt końcowy – Mama, patrz! Na gałęzi jest złotook!

Gonimy za pięknem, gonimy za wymyślnymi tematami czy mechanikami. Jesteśmy w naszym hobby w ciągłej pogoni za czymś, tak jak i w życiu. Okazuje się jednak, że skromne i proste potrafi równie mocno fascynować i przynosić pożądane efekty.

Owady z serii Świat wokół nas, memory wydane przez Jacobsony, liczba owadów: 20.