Pestka, drops, cukierek

Po co zaszyłam dziurę w kieszeni Julki? Może to było tajne wejście do Królestwa? No i kto teraz pomoże jego mieszkańcom? Podobno tam zły król jeszcze bardziej smuci smutne królestwo. Julka znalazłam nową dziurę! Wskakujmy!

Siedzę na podłodze z moją prawie 7latką. Rozkładam planszę nowości od Granny i NCK „Pestka, drops, cukierek”. Wysypuję tekturowe monety o różnych nominałach, rozdaję żetony graczy, wykładam domki dla 2 graczy i przygotowuję worek z żetonami surowców. A ta łopata po co? Żebyś zdobyła więcej surowców. Czemu domki są szare? Bo na razie mieszkają tam smutni ludzie. To ich połaskocz.

No to łaskotałyśmy, ale tak trochę inaczej. Najpierw zdobywałyśmy surowce, potem przetwarzałyśmy na towary i sprzedawałyśmy mieszkańcom. Mieszkańcy każdego domku potrzebowali czegoś innego, w różnej liczbie. Czasem ciastka, czasem rękawiczki, a czasem ładne obrazki, albo wszystko na raz. Jak dostali to stawali się szczęśliwi i promienieli. Ich domki stawały się kolorowe i z tej radości dawali nam monety, czasem żadnej (choć wtedy dawali szuflę do śniegu), a czasem aż 10. Czasem jednak trzeba było zapłacić złemu królowi daninę – wtedy gdy byłyśmy mniej ostrożne i przedsiębiorcze. Ostatecznie wygrałyśmy, bo dzięki nam nie było już w królestwie smutnych mieszkańców.

Pestka, drops, cukierek to książka dla dzieci. O ekonomii, w fajnym języku i w fajnej historii. Karol Madaj przełożył tę historię na planszę. Pokazując dzieciakom zależności ekonomiczne. Zapotrzebowanie na towar, wytwarzanie go z surowców, handel towarem, podatki, braki i nadmiar. Zależności te pokazane są w sposób bardzo prosty i intuicyjny. Z punktu widzenia dorosłego, gra jest banalna, ale oczami dzieci i z ich doświadczeniem już nie taka prosta. Zagrałam z kilkorgiem dzieci w różnym wieku i widziałam jakie błędy potrafią zrobić: nie skorzystają z okazji, nie wyprodukują, nie sprzedadzą, stracą pieniądze na rzecz króla. Bo nie pomyślą, bo chcą gromadzić a nie obracać towarem, bo nie chcą ryzykować, bo nie chcą zainwestować monet w towary, by inni nie zyskali, bo nie przeliczą możliwego zysku. Dorosły nie musi się mądrzyć przy planszy, dorosłych ma robić swoje i obserwować jak dzieci same wyciągają wnioski, po 1, 2 przegranych.

Pod względem mechanicznym gra jest prościutka. Na planszy znajduje się 7 pól akcji:

  1. Zaspa śnieżna – tu otrzymujesz losowo od 3 żetonów surowców (za każdą szuflę 1 żeton więcej);
  2. Piekarnia taty – zamieniasz cukierki w ciastka;
  3. Pracownia mamy – zamieniasz włóczkę w rękawiczki;
  4. Pokój dzieci – zamieniasz ołówek w obrazek;
  5. Rynek – sprzedajesz określona dobra mieszkańcom i zarabiasz pieniądze, a czasem szuflę, szare domki zamienia się na kolorowe;
  6. Składzik – tu dokonujesz do 3 razy wymiany żetonów, 2/3/4 na 1 wybrany;
  7. Zamek – płacisz podatki od posiadanych żetonów surowców i towarów.

W swojej turze przesuwasz się na dowolne pole zgodnie z ruchem wskazówek zegara. Na polu wykonujesz odpowiednią akcję i proponujesz graczom, za opłatą (1 moneta), wykonanie dla nich akcji z danego pola. Po zakończeniu ruchu turę rozpoczyna kolejny gracz (ta informacja zniknęła z instrukcji, pewnie przez dziurę w kieszeni). Rozgrywka kończy się na 2 sposoby:

  1. Gdy liczba szarych domków jest mniejsza niż liczba graczy – wtedy zwyciężacie;
  2. Gdy pole królewskiego skarbca jest całe zapełnione – wtedy przegrywacie.

Banał. Ma to jednak sens i głębię (taką na poziomie dzieci) odkrywaną dopiero w trakcie rozgrywki.

Duże znaczenie ma jeszcze 1 element mechaniki. Po każdej swojej akcji gracz pyta pozostałe osoby czy chcą wykonać tę samą akcję, w ograniczonym zakresie. To wymuszenie interakcji, to wzrost dochodów (bo każdorazowo gracze muszą zapłacić aktywnemu 1 monetę za usługę), to również dobry sposób na gromadzenie, przetwarzanie, sprzedaż czy wymianę. Warto korzystać, co dzieci nie tak szybko zrozumieją. W końcu inwestowanie własnych pieniędzy nie jest takie proste.

Gracze sami wybierają o ile pól przesuną swój pionek i niekoniecznie wszystkie będą stały na tym samym polu. Widać to dopiero po kilku rundach. Konsekwencją tego jest szybki dostęp, za opłatą, do różnych akcji. Konsekwencją jest również zwiększenie częstotliwości płacenia daniny na rzecz króla. Im większe doświadczenie dzieci w tej grze, tym więcej gromadzą towarów, by uszczęśliwić jednorazowo więcej mieszkańców i tych bardziej bogatych. Nawet zaczynają korzystać z akcji wymiany w składziku, albo po to by zmniejszyć liczbę żetonów i zapłacić mniejszą daninę (odkrywane po wielu rozgrywkach), albo po to by zyskać trudnodostępne żetony kredek.

W grze zaproponowano dwa warianty. W pierwszym, bardzo prostym, można wymieniać żetony na dowolny domek. W drugim, można kupować tylko określone domki – najpierw najbardziej zewnętrzne, a dopiero potem do nich przylegające. Właśnie tę wersję polecam do rozgrywek rodzinnych. Jest więcej emocji, więcej kombinacji, większe daniny i szansa na przegraną. Z moją siedmiolatką gram w pierwszą wersję, ze starszymi dziećmi i dorosłymi w tę drugą. Im więcej graczy tym ciekawiej – już nie tak łatwo zgromadzić towary na konkretny domek, w końcu konkurencja nie śpi i też kupuje, towary się zbierają, król zabiera monety i emocje rosną.

„Pestka, drops, cukierek” to ciekawa ekonomiczna gra dla dzieci, świetny pomysł na zajęcia w grupach, w szkołach, w większym i mniejszym gronie w domu. Lekka, prosta gra, ale taka, w której dzieci uczą się ekonomii, najczęściej na swoich błędach. Uczą się razem, bo trochę w tej grze kooperacji (wspólne uszczęśliwienie mieszkańców zanim król zbierze fundusze na wojsko), ale wynik indywidualny, przeliczany na wartość w monetach, w naturalny sposób wymusza na nich myślenie i walkę o każdy punkt. Zwycięzcami są wszyscy i zwycięzcą jest jeden gracz. Gra mnie zachęciła. Muszę nadrobić zaległości. Książka pojawi się na półce, słuchowisko znalazłam do odsłuchania.

  • Agnieszka Drzewiecka-Matuszek

    Moja córka dostała tę grę na urodziny – bardzo ładnie wydana, sympatycznie wygląda, ale.. Nie wiem, może robimy jakiś błąd, albo coś nie zrozumieliśmy z zasad, ale opcja usługi zrobienia czegoś komuś za opłatą jest bez sensu. Czemu mam płacić komuś np. za zrobienie skarpetek, jak sama mogę zaraz tam wejść i zrobić sobie sama?… Mogę stanąć z resztą na tym samym polu co poprzednik. Zagraliśmy raz, rozgrywka ograniczyła się do gonienia w kółko, sprzedaży na rynku i losowania z woreczka. Losuje się i tak przed wejściem do pracowni taty, pracowni mamy i pokoju dzieci, więc nawet nie ma opcji, że usługa się opłaci bo nie możemy się cofnąć… Będę wdzięczna za wytłumaczenie tej kwestii bo w takiej postaci gra jest po prostu schematyczna i nudna 🙁

    • scheherazadeZnadPlanszy

      Witam, sens opłat jest dwojaki. Po pierwsze, na końcu gry (jeśli uda się uszczęśliwić królestwo) zwycięża gracz z największą liczbą monet – opcja opłaty za usługi daje możliwość zarobienia dodatkowych monet. Po drugie, dla płacącego za usługę, daje to możliwość szybszego zgromadzenia surowców czy wyprodukowania towarów, wymiany na rynku i zakupu kolejnego domku (na który w końcu ktoś inny też może mieć chrapkę), a w konsekwencji zdobycia kolejnych monet potrzebnych do zwycięstwa. Dziecko powinno samo te możliwości odkrywać. Włącznie z tą, że nie należy gromadzić dóbr tylko wprowadzać je w obieg by nie płacić podatków królowi. Załóżmy, że mój pionek stoi już w pokoju dzieci i widzę, że brakuje mi rękawiczek z pracowni mamy by kupić szybko jakiś domek, nie mogę cofnąć pionka, a podatku nie chce płacić by przebiec przez planszę dookoła, do pracowni. To co robię ?Płacę innemu graczowi za usługę wyprodukowania rękawic, a potem wymienię za opłatą towar na rynku i zarobię np. 10 monet za domek. Dzieci uczą się kalkulować, o obiegu towarów, o opłatach za usługi itp.

      • Agnieszka Drzewiecka-Matuszek

        Dziękuje za odpowiedź, może musimy po prostu zagrać parę razy jeszcze…