Gry w szkole?

Cały rok pracy w szkole sprawił, że na gry planszowe patrzę już inaczej. W szkole potrzebne są gry, nie tylko w formie rozrywki na zajęciach pozalekcyjnych, zajęciach opiekuńczo-wychowawczych czy na przerwach. Gry są potrzebne do bieżącej pracy z podstawą programową. Jest jednak kilka problemów z tym związanych.

Po pierwsze, liczba graczy. Klasy w szkołach państwowych są bardzo liczne. Gry projektowane są zwykle dla małej liczby graczy. Jest 1 egzemplarz gry, dla 4 osób, reszta będzie rozrabiać? Rozwiązanie jest jedno: kilka egzemplarzy gry lub wersja cyfrowa. I oczywiście sponsor.

Po drugie, czas. Albo się uczymy, albo bawimy. Przy najczęściej 1 godzinie w tygodniu (czasem 2), złożoności materiału, obowiązku realizowania programu trudno poświęcić jakąś lekcję na granie. Udało się! Masz godzinę, a tu: sprawdzenie obecności, wyjaśnienie zasad, rozłożenie gier, potem złożenie gier przed dzwonkiem, bo zaraz lecisz na dyżur na korytarzu. Na granie zostanie 20-25 minut.

Po trzecie, mechanika. Społeczność graczy zachwyca się złożoną mechaniką, wielością dróg do zwycięstwa, mnogością elementów. Nie, to nie pasuje do szkoły. Ma być prosto, szybko i treściwie. W dodatku atrakcyjnie i emocjonująco. Cud w pigułce.

Po czwarte, merytoryka. Do realizacji programu potrzebne są gry edukacyjne. Nie znane nam dobre gry, w których wartość merytoryczna jest jakby efektem ubocznym. Gry w szkole mają mieć maksimum treści. Nie burzcie się. Tak to wygląda. Owszem, mogę zagrać w Wsiąść do pociągu, by uczyć dzieci np. stolic europejskich. Ale ile razy musiałyby zagrać w tę grę by się z niej nauczyć? Pamiętajcie, macie wygospodarowane 20-25 minut… Większość gier z jakimi się spotkałam to gry sprawdzające, utrwalające, ale nie wprowadzające nowy materiał.

Po piąte, trwałość. Takie czasy. Cudzą własność można uszkodzić lub zawłaszczyć. Żeby się rozładować, zaszpanować przed kolegami, pokazać swoją bezmyślność czy zrobić na złość nauczycielowi. Problem trudny do rozwiązania. Wydawcy wcale rąk nie zacierają, bo szkoły nie mają funduszy na kolejne egzemplarze. Nauczyciel też nie kupi kolejnego. Zniszczone, trudno, nie ma. Nie ma materiału odpornego na głupotę.

Po szóste, brak bazy gier edukacyjnych. Osobiście nie spotkałam się z taką. Być może są firmy szkoleniowe, dysponujące zbiorem informacji o grach edukacyjnych i sprzedające swoją wiedzę na konferencjach np. dla nauczycieli matematyki. A kto zadba choćby o chemików (tak, to ja) i fizyków?

Po siódme, sceptyczne podejście do gier w szkole i przedszkolach. A i owszem, szanuje się zaangażowanie planszówkowego geeka, oddanie sprawie, przyjmuje się wszystkie gry jakie geek przekazuje z własnej kolekcji. Potem okazuje się, że nie ma czasu na granie, że nikomu nie chce się czytać zasad, uczyć dzieci grania, nie ma pomysłów na wplatanie gier w zajęcia. Nie docenia się wartości gier.

Przyszedł czas na podsumowanie mojego tekstu. Jest budynek. Sypie się od środka. By go dobrze sprzedać, modernizuje się elewację. W środku to samo. To się nazywa reforma. Może czas wymyślić szkołę na nowo? Może na bazie gier? Myślcie mądre głowy! A na pewno wymyślajcie gry przydatne w szkole.