Dobutsu Shogi w przedszkolu #3

W podsumowaniu rocznej pracy, przesłanym mi przez wychowawczynie przedszkolne – panie Bożenę i Ulę: „Z początkiem roku szkolnego 2013/2014 pani Agnieszka rozpoczęła w Oddziałach Przedszkolnych przy SP nr 3 w Trzebini, w grupach Tygrysków i Żabek, zajęcia wprowadzające w tajniki Dobutsu Shogi.

Zajęcia te dla naszych dzieciaków okazały się czymś nowym, ciekawym i interesującym. Podczas wprowadzania reguł gry, pani Agnieszka wykazywała się wielką kreatywnością i cierpliwością. Ciekawy sposób przekazywania zasad szachów japońskich zachęcał dzieci do udziału w rozgrywkach. Każde spotkanie było inne, dzieci z niecierpliwością czekały na nie. Przedszkolaki bardzo polubiły „panią od Dobutsu Shogi” za jej uśmiech, ciepło i pozytywną energię, którą roztaczała wokół siebie. (…)” znajdują się 3 słowa klucze potrzebne do prowadzenia zajęć z dziećmi: kreatywność, cierpliwość i pozytywna energia. Bez tego nawet nie myślcie wybierać się do przedszkola, bez tego nawet nie myślcie pracować z własnymi dziećmi.

W grupie ponad 20 dzieci są takie, które w lot potrafią złapać zasady, ale są też i takie, które nawet po kilku miesiącach nauki potrafią robić podstawowe błędy techniczne (przestawiać pionki o 2 pola, przesuwać pionki w niewłaściwym kierunku itp.). Nauka grupowa jest zupełnie inna od indywidualnej. Trzeba ciągle zachęcać, trzeba powoli realizować materiał pokazując najważniejsze elementy i ciągle powracać do przedstawionych reguł, by wszyscy mieli szansę wyciągnąć coś z takich zajęć (trzeba też pamiętać, że dzieci sporo chorują i tracą zajęcia). Dzieci najszybciej uczą się od siebie. Dlatego grały przede wszystkim przy dużej planszy, podzielone na 2 grupy. Jedne dzieci myślały samodzielnie, inne czekały na to co podpowie grupa, kilkoro myślało za wszystkich, dobrze przewidując możliwe zagrania przeciwników. Poszczególne rozgrywki przy planszy trwały od 5 do 30 (sic!) minut (choć to raczej efekt dłuższego myślenia i wymiany graczy przy planszy, niż wymiany ciosu za cios). Te najkrótsze nikogo nie martwiły, bo rozpoczynało się nową grę. Te najdłuższe czasem trzeba było przerywać, bo czas zajęć się kończył. Na dużej planszy wprowadzałam również wszystkie reguły gry i sposoby grania, proste strategie. Małe plansze wykorzystywałam już do rozgrywek 1-1 z częstą zmianą partnera, tak by dzieci próbowały samodzielnie myśleć.

Pan Antoni przysłał list z Afryki

Uwaga dzieci w wieku przedszkolnym szybko się rozprasza. Szybko też potrafią się znudzić danym zagadnieniem, znajdując zawsze coś innego do roboty. Gra była osią. Tę oś musiałam ubarwiać. Przykładem jest ulubiony pan Antoni (pacynka), który pojawiał się od czasu do czasu. Gdy go nie było, to podróżował, przed jednym z powrotów przysłał nawet do dzieci list krótko opisujący jego podróże po Afryce i pytania do quizu na temat tego, co już dzieci się nauczyły. Przysłał też swoje selfie z lwem afrykańskim:

Quizy były koniecznością. Przy ich pomocy sprawdzałam nie tylko wiedzę zdobytą przez dzieci, ale też były narzędziem motywującym do większej koncentracji na zajęciach. Gdy jakaś drużyna zwyciężyła w takim quizie, to w nagrodę mogła zaryczeć niczym stado afrykańskich lwów. Była też koza, ta ze zdjęcia z poprzedniego wpisu. Przy jej pomocy tłumaczyłam dzieciom co znaczy powiedzenie „zapędzić kogoś w kozi róg” i jak to się odnosi do sposobu grania. Było też mnóstwo zadań i przykładów, często ubarwianych opowieściami z życia codziennego. Oj, działo się, działo…

Lepszy dzień, gorszy dzień

Dzieci są autentyczne. Jak im się coś podoba, to widać i słychać. Jak im się coś nie podoba – też widać i słychać. Żywiołowo reagują na wszystko. W grupie zawsze są takie, które nie chcą się uczyć, marudzą, obrażają się, rozrabiają, dąsają na siebie, dokuczają sobie, płaczą, itp. Zależy to od wielu czynników. Tak jak dorośli mają lepszy i gorszy dzień. Potrzebna jest cierpliwość, dzieci jej bardzo potrzebują. Potrzebna jest też odrobina dyscypliny. W trudnych sytuacjach ratowały mnie zawsze wychowawczynie przedszkolne. Były też dni idealne, takie w których wszystkie dzieci w ciszy i skupieniu uczestniczyły w zajęciach, pięknie myślały. Każde spotkanie to również mnóstwo pozytywnej energii płynącej od dzieci, objawiającej się radosnymi okrzykami przy zdobywaniu pionków przeciwnika i przy zwycięstwie (ciężko nauczyć dzieci powagi i pokory). Nie ulega wątpliwości – każdy dzień pracy, czy trudny, czy łatwy dawał satysfakcję. Dla mnie to wszystko była nowość, tak jak wychowanie własnego dziecka – nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale też nikt nie mówił, że może być tak ciężko. Cierpliwość, konsekwencja i pozytywne nastawienie potrafią zdziałać cuda. Po roku zajęć (raz w tygodniu, po około 30 minut na grupę) nabrałam ogromnego szacunku do pracy, jaką muszą wykonywać wychowawcy i nauczyciele. Bardzo ciężka, odpowiedzialna i niedoceniana praca.

Zdobyte umiejętności

Wiele zajęć dodatkowych dla dzieci skupia przede wszystkim najbardziej chętne, zdolne i zainteresowane osoby. Na szczęście Dobutsu Shogi to gra, którą mogą uczyć się wszystkie dzieci, te mniej zdolne i te bardzo zdolne. Na koniec roku bardzo się cieszyłam gdy większość dzieci znała i wykorzystywała poznane zasady. Co nie znaczy, że wszystkie potrafiły grać. Do tego potrzeba bardzo dużo praktyki, a większość grała tylko na zajęciach ze mną.

Jako dorośli nie zdajemy sobie często sprawy z jakimi problemami potrafią borykać się dzieci. Przykładowe problemy (dla niektórych dzieci) w trakcie nauki: co to jest pole gry, ruch pionków o 1 pole (po kilku miesiącach jeszcze niektóre dzieci potrafiły skakać przez 2 pola), jak poruszają się pionki (najdłużej trwało opanowanie ruchu słonia), zakaz ruchu na pole z własnym pionkiem, nieuwaga np. związana z pozostawieniem własnego lwa w sytuacji oute (szach), problem z odczytywaniem współrzędnych pionków (nawet czerwone tasiemki skrzyżowane na polu nie pomagały), zapominanie o zasadzie wprowadzania zdobytych pionków na planszę, wspieranie własnych pionków pozostałymi, itp. Większość dzieci ostatecznie przezwyciężyła te trudności. Jest jednak 1 zasada, którą do samego końca nauki dzieci nie potrafiły wykorzystać – jeśli lew wejdzie bezpiecznie do domu przeciwnika to wygrywa. Dzieci grały tylko zachowawczo chroniąc swojego lwa.

Zawsze będę twierdzić, że najlepsze efekty w uczeniu uzyskuje się w małych grupach 10-13 osobowych. Tyle zresztą powinny liczyć wszystkie klasy począwszy od przedszkola, a skończywszy na liceum. W tak małych grupach łatwiej wyłapać problemy z jakimi borykają się dzieci i młodzież, łatwiej im pomóc, łatwiej nad nimi zapanować, lepiej opanują zadany materiał. Korzyści są obustronne i dla nauczyciela, i dla ucznia. Realia są jednak inne. Stąd każda moja grupa liczyła 25-26 dzieci (czasem mniej, gdy chorowały).

Podsumowanie

Wierzę, że te zajęcia zaprocentują w życiu dzieci. Nawet jeśliby miały pamiętać tylko pożegnalne słowa: „Nawet malutki, słabiutki kurczak może sprytem pokonać wielkiego lwa”. Życzę Wam, byście odważyli się wyjść do dzieci, nie tylko swoich i dali im szansę na naukę bardzo wartościowej gry. W nowym roku szkolnym znów będę uczyć przedszkolaki i mam nadzieję, że odniosą wiele korzyści z tej nauki.

0 Udostępnień