Potwory w Tokio

Od 2011 roku King of Tokyo dostało 15 nominacji i 7 nagród m.in. w kategorii najlepszej gry rodzinnej i imprezowej. Ta gra jest doceniona przez wielu graczy, czego dowodem są: 84 pozycja w ogólnym rankingu BGG i 10 pozycja w rankingu gier rodzinnych, średnia ocen 7.5/10, ponad 15 000 oddanych głosów i ponad 3000 komentarzy. Jakiś czas temu patrzyłam na te wartości z niedowierzaniem.

Gry rodzinne lubię, losowe gry kostkowo-karciane mi nie przeszkadzają, nazwisko autora ma dla mnie drugorzędne znaczenie, potrafię się dobrze bawić przy większości gier (bo takie mam pozytywne nastawienie), aż tu nagle… King of Tokyo stanął w szranki z moją planszówkową tolerancją. Do gry podchodziłam 3 razy. Pierwsza rozgrywka była 2 osobowa. Niestety. Nudne przerzucanie kośćmi, żadnego myślenia czy strategii, brak napięcia, zaciętości, mała liczba kart, szybkie zakończenie rozgrywki po zdobyciu 20 punktów zwycięstwa, granie bardziej pod punkty niż korzystanie z interakcyjnego dowalania przeciwnikowi. Powiedziałam sobie – nigdy więcej! Nigdy nie mów nigdy. Pojawiła się okazja zagrania w troszkę większym gronie, które chciało zapoznać się z grą, przetestować możliwości, głębię. Tego ostatniego nie znaleźliśmy i wspólnie pozrzędziliśmy nad mechaniką i losowością.

Upłynęło wiele miesięcy, gdy pojawiła się kolejna okazja do zagrania. Familia zawitała z pudłem pełnym potworów. Grają w moje gry, to i ja muszę w ich. Taki rodzaj wdzięczności. 5 osób przy stole i… po pierwszej rozgrywce odkryłam tę grę na nowo. Entuzjazm współgraczy i świetny humor wszystkich grających udzieliły mi się bardzo szybko i ostatecznie przekonałam się do tej gry. Spojrzałam na nią z innej perspektywy i doceniłam, choć, jak widzicie, potrzebowałam trochę czasu. Co zobaczyłam? Przede wszystkim grę:

  • Łączącą przy stole nawet 3 pokolenia, dzieci potrafiące czytać, nieustannie entuzjastycznie nastawioną młodzież, dorosłych pragnących spędzić czas z rodziną. Jednak ważniejsze jest to, że w tej grze szanse na wygraną mają wszyscy, dlatego każdy nowicjusz albo słaby gracz może pokonać starych planszówkowych wyjadaczy. Daje to wiele satysfakcji.
  • Z prostymi zasadami, które tłumaczy się w kilka minut, a gracze zapamiętują je bardzo szybko. Nowi gracze boją się początkowo treści na kartach, jednak po pierwszych szrankach z nimi okazuje się, że są naprawdę dobrze opisane.
  • Z krótką i dynamiczną rozgrywką, w której wszystko dzieje się szybko, bez żadnych przestojów, z nagłymi zwrotami akcji i nieprzewidywalnym zakończeniem. Grając z rodziną nigdy nie kończyliśmy na 1 rozgrywce, nawet jak miał to być przerywnik między innymi grami.
  • Niosącą pozytywne emocje przez całą rozgrywkę, wciągającą i pełną dowcipów sytuacyjnych. Niektórych wypieków na twarzy i błysków w oczach nie da się zapomnieć, szczególnie wtedy gdy dokucza się innym graczom. Po prostu hit w odpowiednim gronie.
  • Z chwytliwą tematyką, ubarwioną humorystyczną grafiką, adekwatnymi nazwami kart i wizerunkami potworów. Do tego, solidne wykonanie i promocyjny zestaw kart pozytywnie wpływa na odbiór gry.

Mechanika gry, jak wspomniałam, jest bardzo prosta. W swojej kolejce gracz rzuca 6 kośćmi, z możliwością 2 krotnego przerzutu uzyskanych wyników. Następnie wykonuje działania określone przez uzyskane wyniki rzutów: zdobywa punkty zwycięstwa, leczy swoje rany, atakuje gracza mającego potwora w Tokio, ewentualnie pozostałych graczy lub/i zdobywa kostki energii. Na tym etapie gra jest średnio emocjonująca. Całego smaczku dodają karty, które gracz może zakupić za zdobyte kostki energii. Można rzec, że karty te zwiększają zdolności sterowanych przez graczy potworów, potwory ewoluują. Karty dzieli się na 2 rodzaje: wykorzystywane natychmiast i działające przez całą grę. Wszystkich kart jest 66, plus 11 kart promocyjnych, a każda karta jest inna, począwszy od nazwy, grafiki, po cechy specjalne z nią związane (np. gracz może zyskać dodatkową turę lub rzut, 2gie życie, dodatkowe punkty zwycięstwa, leczyć rany swoje lub innych graczy, wprowadzają znaczniki dymu, trucizny lub kopiowania). Jest to ogromną zaletą gry.

Karty wraz z kośćmi są elementem interakcji pomiędzy graczami, przede wszystkim negatywnej. Wynika to z celu gry – wygrywa gracz, który jako pierwszy zdobędzie 20 punktów zwycięstwa lub pozostanie jako ostatni w grze. Zdobyte punkty i uszczerbek na zdrowiu oznacza się przy pomocy wskaźników na kartach potworów, które posiada każdy gracz. Punkty zdobywa się powoli, za to zdrowie traci bardzo szybko (i tym samym można zostać wyeliminowanym z gry). Odnośnie tego ostatniego, mechanika gry dobrze rozwiązała problem „bij lidera”. W grze występują 2 strefy gry: Tokio i obrzeża miasta. Gracz będąc potworem w Tokio jednym rzutem kości atakuje wszystkich pozostałych graczy. Pozostali, kolejno atakują gracza w Tokio. Jedynymi korzyściami przebywania w Tokio są: jednoczesne atakowanie, a nawet eliminowanie graczy i dodatkowe punkty zwycięstwa za utrzymanie się w Tokio w następnej rundzie (choć wszystko kosztem braku możliwości leczenia się). Po dowolnym ataku na potwora w Tokio, gracz może wycofać się na obrzeża, unikając tym samym akcji “huzia na Józia”. Jego miejsce zastępuje atakujący.

2 sposoby na wygraną, to teoretycznie 2 sposoby gry, podobnie jest z pozycją w Tokio lub poza nią – zwykle jednak wszystko sprowadza się do wykorzystania tego, co podeśle nam los (kości, dostępne karty). Strategii nie ma tu żadnej, bo nie da się nic zaplanować przy tak dużym poziomie losowości. Zastanawia mnie więc fenomen tej gry. Co ma takiego, że przyciągnęła do siebie rzesze fanów na całym świecie? Przecież są na rynku dostępne również inne gry kościane, nawet o ciekawszej mechanice, które nie są nawet w części tak popularne. Porównując choćby z prostymi grami dla dzieci Knizii Gold Nuggets czy Dino Park widzę przede wszystkim 1 aspekt – tematyka gry wraz z  oprawą graficzną. Potwory w Tokio pod względem tematycznym to strzał w dziesiątkę. Zasiadając do tej gry trzeba nastawić się na bardzo lekką i mocno losową grę, trzeba grać w zainteresowanym nią gronie i najlepiej w więcej niż 3 osoby. Wtedy wiele zyskuje i okazuje się bardzo przyjemną grą. Tak przyjemną, że powiem krótko i treściwie – polecam.

  • Paweł

    Miałem okazję zagrać parę razy i potwierdzam 😉 Na 2 czy 3 osoby rzeczywiście jest trochę nudno, im więcej tym lepiej. A gra dobra, tylko trzeba ją sobie dawkować, jak wszystko, żeby się nie przejadła.

  • Potwory z Tokio zrobiła moim zdaniem jedna genialna zasada – potwór w Tokio pierze wszystkich dookoła, wszyscy dookoła piorą potwora z Tokio. Dzięki temu w grze familijnej babcia może bez skrępowania przyłożyć 7-letniej wnusi, która akurat z tatusiem jest poza Tokio, a wnusia może tym samym odwdzięczyć się babci z okrzykiem: Zabiłam Cię! :). Przy czym chłopiec/dziewczynka do bicia ciągle się zmienia. Do tego zasada, że o wejściu do Tokio decyduje ten kto jest w Tokio. Zazdraszczam Garfieldowi niesamowicie, a Potowory zabieram na spotkanie Wielkanocne do grania w 6 osób.

  • Gra genialna, a kto tego nie widzi jest marudą lub smutasem 🙂